Elżbieta Konieczna, Miesiąc w Krakowie

Publiczność raz po raz eksploduje śmiechem, ale szybko milknie, żeby niczego nie uronić, bo też siedmiogłowy chłopo-kobieton w ogóle się z nią nie ciamka, nie czeka na reakcję, tylko ostro wali przed siebie. Ludzie, ludzie!!! Strzały w Hotelu Babilon w Zakopanem. Z miłości strzelała Słowaczka do górala. Nie trafiła, ale chciała trafić. O jej, jej! Jest proces, świadkowie opowiadają, jak to było, ona gęsto się tłumaczy. Dlaczego akurat przed zakopiańskim Wysokim Sądem, skoro sztukę napisał Chorwat? Ano dlatego, że stare panny polujące na facetów, którzy by się dali zaciągnąć do ołtarza, mieszkają i w Chorwacji, i w Polsce, i w Chinach i jak jedna wszystkie lubią się mścić. A także dlatego, że Miro Gavran jest już nasz – krakowianin – ma się rozumieć. Pisze tak udatnie, tak celnie godzi w męsko-damskie śmieszności, jakby się skradał po oknami nowohuckich blokowisk, a potem przenosił się na Kazimierz, Grzegórzki i dalej. Teatr Ludowy na jego talencie pasie się od kilku lat. Wystawił już trzy sztuki: wszystkie śmieszne, napisane prostym, dowcipnym, jakby podsłuchanym językiem. Na czwartej, Hotelu Babilon, kłębi się tłum widzów, rozradowanych obietnicą spędzenia wieczoru w towarzystwie małpio zręcznego chorwackiego podpatrywacza życia i Aldony Jankowskiej, o której, od czasu jej występów w telewizyjnym show, wszyscy wszystko wiedzą. „Niech pani się zajmie teatrem, pani ciało ma dość talentu” – nieważne, kto, gdzie i kiedy to powiedział, można się domyślać, o co mu chodziło. Po wieczorze spędzonym w Piwnicy pod Ratuszem wiadomo, że ów cynik był również idiotą, znał się na teatrze jak kura na pieprzu! No, bardzo proszę, niechby usiadł na widowni i zobaczył kobietę ani ładną, ani brzydką, ani chudą, ani grubą, ani młodą, ani starą. Krótko mówiąc, nie ma na czym oka zawiesić. I w dodatku sama z sobą gra, ciurkiem, przez półtorej godziny, siedem ról: Słowaczkę, górala, dwie Polki, Francuza, Niemkę, Amerykankę. W siedmiu językach, w tym gwarą. W siedmiu językach, a przecież po polsku. Mistrzostwo świata. Łyknie trochę wody i śpiewa standardy o miłości. Ale nawet jak zacznie anielsko lirycznie albo ostro, dynamicznie zaraz skręci w bok, w pastisz. Publiczność raz po raz eksploduje śmiechem i szybko milknie, żeby niczego nie uronić, bo też siedmiogłowy chłopo-kobieton w ogóle się z nią nie ciamka, nie czeka na reakcję, ostro wali przed siebie, dziesiątki słownych niuansów, dziesiątki mimicznych grepsów, błyskawiczna zmiana postaci, nastroju, świetnie podprowadzane pointy. Widownia jest niczym na kolacji w raju. Publiczność na całym świecie uwielbia życiorysy z happy endem. Aldona Jankowska idealnie materializuje ogólnodostępne marzenia o Kopciuszkach przemienionych w królewny. Długo miała pod górę, szukała swojego miejsca w teatrze, szukała poza nim, wyrywała się na castingi, walczyła o siebie, aż wylądowała na kanapce u Szymona Majewskiego i ludzie zaczęli otwierać telewizory, żeby się pośmiać z jej podróbek Tadeusza Rydzyka, Zyty Gilowskiej, Anny Fotygi... Sztukę parodii ma w małym palcu. Ale gdyby to chodziło tylko o śmieszne miny i śmieszne sytuacje, mielibyśmy na scenie płytką rozrywkę i rechot w odpowiedzi. Tu do genu zręcznej umiejętności małpowania ludzi dochodzi inteligencja i autentyczny talent aktorski. Wsparta reżysersko przez Pawła Szumca, wykonała jakąś katorżniczą pracę aktorsko-lingwistyczną. To się czuje, choć nie widać. Na scenie puch, leciutkie piruety, mięcho ról, kilka myśli, co nie nowe, ale złośliwie trafne i dotyczą spraw wokół nas. Jeszcze na koniec muszę się rozprawić z autorem cytatu. No i co byś pan powiedział po tym przedstawieniu? Dalej to samo, że śliczna, goła w teatrze zawsze górą? Panie, nawet taka z nogami do sufitu mogła by nosić kapcie za naszą Aldoną.